W związku ze związkiem – nauka angielskiego w związkach mieszanych

with Brak komentarzy

Nauka angielskiego w związku - akcja_relacja.com.pl

 

Mój kolega Włoch zapytany jak najszybciej uczyć się języka zwykł powtarzać radę zasłyszaną od swojego lektora. Na pytanie “jak nauczyć się słownictwa?” odpowiedź brzmiała “Spać ze słownikiem”. Cóż za odkrywczy pomysł. 

Rzecz w tym, że tłumaczenie nie oddaje humoru sytuacyjnego. Przekonałam się o tym nie raz. Tak się składa, że humorystyczny walor tej wypowiedzi kryje się w podtekście.

Ciekawe czy komuś zdarzyło się kochać we włoskim amancie?

 

Gdybym za każdy raz kiedy słyszałam “mam chłopaka native’a, ale on mnie nie uczy języka” dostała £1, nawet a dime, byłabym milionerką. Serio.

 

Założenia i zauroczenia a nauka angielskiego

Pozwól, że rozwieję pewne popularne przekonanie. A właściwie oczekiwanie, że w związku ze związkiem z Anglikiem nastąpi płynność językowa. Nawet jeśli nie masz, nie jesteś związana z native’m przedstawione przypadki mogą się okazać przydatne. 

 

Uczenie innych języka angielskiego 

Wyobraź sobie, że znasz mieszaną parę, w której kobieta chce się uczyć języka tej drugiej osoby. Być może oczekuje, że tamta będzie poprawiała jej błędy. Być może tego, że nauczy ją nowego słownictwa lub poprawnego formułowania wypowiedzi. Czemu nie, prawda? Przecież pewnie spędzają sporo czasu razem. No właśnie.

Gdyby przyjrzeć się sytuacji bliżej poprawianie błędów i uczenie drugiej osoby wcale nie jest takie łatwe. Zwłaszcza bliskiej osoby. Wyobraź sobie jak lubisz być poprawiana. Jeśli jesteś w tej kwestii podobna do reszty ludzkości istnieją spore szanse, że za poprawianiem błędów nie przepadasz. Pozwól, że ujmę to inaczej.

Nie lubimy wytykania błędów. Większość osób reaguje negatywnie na krytykę. Pojawia się reakcja obronna. I pozamiatane.

A teraz wyobraź sobie, że bliska osoba miałaby poprawiać nasze błędy?

Gorąca wymiana zdań gotowa.

 

Czas na naukę angielskiego we dwoje

Kolejne założenie, to dotyczące spędzania ze sobą czasu, też jest błędne. Tego czasu nie jest aż tak dużo. Dlatego, jak sądzisz, czy bliska osoba chciałaby pożytkować go na poprawianie błędów? Coś w to wątpię.

Następną kwestią jest wspomniane “uczenie kogoś”. Jak miałoby to wyglądać? Czy miałoby się to odbywać w np. trakcie oglądania filmu? Jak? Zatrzymując co kawałek i pytając “ale co on powiedział?” Kto by tak chciał wspólnie oglądać film? Podejrzewam, że jedno z dwojga czytałoby napisy. A to można robić samemu.

Jeśli taka nauka nie miałaby odbywać się w trakcie wspólnego oglądania to jak, gdzie i kiedy?

Słuchając radia? Nie wiem ile osób nadal regularnie słucha radia. Nawet jeśli wiele, to specyfika wypowiedzi radiowych ma to do siebie, że są szybkie. Nie tak łatwo wyłapać zdania. Nie można włączyć pauzy.

 

A może osobno?

No dobrze. Jeśli nie w trakcie wspólnego spędzania wolnego czasu to kiedy? Może kilka razy w tygodniu przy kawie lub herbacie?

Z podręcznikiem i notesem. No nie wiem czy tej drugiej osobie uśmiechałoby się przeznaczanie swojego wolnego czasu na pracę po pracy na rzecz kogoś innego. Nawet bliskiego. Może się mylę, ale nie często się z tym spotykam.

Nie chodzi o to, że osoby z sobą współżyjące się nie wspierają. Chodzi o to, że za rozwój i naukę jest odpowiedzialna osoba, której zależy na efektach.

Jeśli ja się chcę czegoś nauczyć, to ja powinnam być najbardziej zaangażowana i zmobilizowana do działania. Czekanie lub oczekiwanie, że ktoś – nawet bliski – to za mnie załatwi okaże się na dłuższą metę nieskuteczne.

Zakładanie, że ktoś coś za mnie zrobi, zwłaszcza w kwestii uczenia się, to przegrany zakład.

Na pocieszenie dodam, że pomoc bliskiej osoby przyspiesza rozwój i efekty, jednak to do osoby zainteresowanej nimi należy trzymanie ręki na pulsie.

 

 

PS Obserwuję sposoby na poprawianie i korygowanie błędów. W delikatny sposób. Niestety osoby uczące się zdają się nie zawsze je dostrzegać.

Do tego jeszcze wrócę.

Dla kogo się (nie) uczysz?

with Brak komentarzy

 

Właściwie dla kogo się uczysz? Wiesz? Oczywista oczywistość, ale czy aby na pewno?

Choć dla mnie odpowiedź wydaje się prosta przyszło mi spotkać się z przykrymi konsekwencjami takiego myślenia.

Zaobserwuję kilka typów zachowań, nie wszystkie rozumiem. Może sprawdź czy przypadkiem nie dotyczą ciebie?

 

Ucz się ucz, bo…

 

W szkolnych czasach różne do nauki było podejście. Zwykle od dziewczynek oczekiwało się, żeby były spokojne, pilne i uczynne. Miały się dobrze uczyć, nie wychylać i wspierać słabszych. Nawet jeśli Ci słabsi kiedy one się uczyły łazili po drzewach.

 

Idź na studia znaleźć męża

 

Nadal pamiętam wypowiedzi wykładowców kierowane w powietrze lub wprost, że studentki pedagogiki mogą wspinać się na palce pod tablicą ogłoszeń na informatyce albo AWFie. Może męża znajdą. Wydawało mi się to niedorzeczne. Ale może się myliłam?

 

Mam dzieci, nie mam czasu

 

Kolejnym zastanawiającym mnie fenomenem jest „mam dzieci, nie mam czasu na naukę”. Nie wątpię, że opieka nad noworodkiem czy malcem to spory wysiłek. Nie wątpię, że to odpowiedzialność. Pociechy podrastają, idą do szkoły, a znajome mi kobiety nadal nie mają czasu na własny rozwój.

W tym konkretnym wypadku zastanawiaja mnie kilka kwestii. Co się dzieje z dawaniem przykładu? Co się dzieje z odpowiedzialnością? Co się dzieje ze straconym czasem?

 

Przez lata obserwuję kobiety, które na rzecz potrzeb rodziny odkładają swój rozwój. Z czasem potrzeby rodziny rosną, ale możliwości ich zaspokajania nierozwijających się matek proporcjonalnie maleją. Ot taki paradoks. I z tego błędnego koła wyłania się, że odłożenie „aż dzieci odrosną..” okazuje się przekształcać w wieczne-nigdy. Szkoda.

 

Dla porównania i kontrastu polecam przeczytanie artykułu o problemach z nauką szkolną. Może spojrzenie z perspektywy pozwoli, a może pomoże spojrzeć na zachowania przez inny pryzmat. Na własną teraźniejszość, ale i przeszłość.

 

Maskę tlenową najpierw załóż…

 

A tymczasem …niedawno w Sukcesie Pisanym Szminką przeczytałam

 

Wiele kobiet ma problem z tym, żeby robić rzeczy dobre dla siebie i tylko dla siebie. Trudno im czasem nawet odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich dobre. A co za tym idzie uważa, że szukanie dla siebie czasu jest samolubne. Szczególnie, jeśli pracujemy i w naturalny sposób chcemy jak najwięcej czasu po pracy poświęcić rodzinie, dzieciom. Tymczasem znalezienie tej dodatkowej chwili dla siebie jest niezbędne, aby wszystko funkcjonowało tak jak należy.

 

A no, bez baterii daleko się nie pojedzie, ale kobiety są mistrzyniami nalewania z próżnego w pełne, choć ponoć nawet Salomon tego nie umiał.

W przytoczonym fragmencie drażni mnie jedno słowo ( tak już ma, że słowa mają dla mnie znaczenie) – poświęcić. Uważam, że to słowo jest nadużywane. Poświęcić dla mnie kojarzy się ze stratą, a nie z darem czy wyborem.

Poświęcały się męczennice.

Poświęcony czas, to w domyśle czas stracony.

A czemu nie zamienić poświęcić na przeznaczyć? Jak dla mnie to odpowiedniejszy dobór sugerujący wolę i wybór. Sugerujący intencję.

 

Wracając do nauki – tak się zastanawiam dla kogo uczyłyśmy się w dzieciństwie, w latach szkolnych?

Znaczna większość moich koleżanek uczyła się dla rodziców – dla wymagającej matki lub srogiego ojca. Dla ich uznania lub z obawy przed ich niezadowoleniem.

Później uczyły się, żeby dostać się na studia. Później dla dostania pracy. Ewentualnie lepszej pracy.

I co później? Obawa przed reakcją innych lub chęć awansu ustępują i co? Przestajemy się uczyć?

 

Did I miss something?

 

I tu sprawa przybiera inny obrót.

 

W ciągu ostatnich kilku lat przyszło mi obserwować trudne sytuacje. Ze względu na niechęć do nauki, obawę przed porażką, pozorny niekorzystnym bilans zysków i strat, zmęczenie imigranci i nie tylko utknęli. Jest na to określenie – keep people stuck – czyli sytuacja, w której przekonania  powodują, że osoby grzęzną.

Nie na chwilę. Na wiele lat.

 

Zaczynają się schody… do nieba?

 

Za czasów pracy w londyńskich klubach członkowskich mijałam na schodach kobiety, które przychodziły do pracy kiedy ja wychodziłam. A wychodziłam późno. One zaczynały swoją zmianę po północy i pracowały do rana. Aż przyjdzie kolejna zmiana, żeby przyjąć członków klubu w czyste, nocą wypucowane progi.

Innego zabarwienia nabrało dla mnie wyrażenie „babcia klozetowa”. Bo to nie jeszcze nie są babcie. Ich dzieci są jeszcze małe, a czas tym kobietom ucieka nad toaletą i niechcący mogą wpasować się w to określenie. Ale odbiegłam od tematu.

 

Słów mi brak

 

Paradoks polega na tym, że one niekoniecznie są niewykształcone. I nie brak w około możliwości.

 

Poznałam kilka pielęgniarek, analityczek i nauczycielek. Co ciekawe w Londynie jest zapotrzebowanie na osoby w tych profesjach. Tylko, że kobiety, które mijałam na schodach, z którymi wymieniałam po kilka słów w przelocie… tylko tych kilka słów znały.  Przed poprawą swojej sytuacji nie powstrzymuje ich brak inteligencji czy wykształcenia. Powstrzymuje je brak wystarczającej znajomości języka. Ten brak zrodził kolejny – brak pewności siebie. I tak rodzina się powiększa o brak wiary we własne możliwości. A ta rodzina o siebie nawzajem dba. Tak jak one o czekające na nie po nocce dzieci.

 

No i niestety nadal nie wiem…, ale może Ty wiesz?

Dla kogo się (nie) uczysz?