Zagraniczne szkoły językowe

with Brak komentarzy

uczenie się angielskiego zagraniczą

Dopiero co rok szkolny się zaczął. Zaraz rok kalendarzowy się skończy. A ja myślami jestem jeszcze troche przy wakacyjnych szkołach językowych. A konkretniej przy skuteczności uczęszczania do szkół zagranicą.

Sporo podróżuję, poza tym w Londynie też mam regularny, częsty kontakt z przyjezdnymi w każdym wieku, mówiącymi różnymi rodzimymi językami. Takie kontakty są niezastąpionym źródłem informacji i doświadczeń.

 

Pewna sytuacja towarzyska w Lisbonie połechtała moją ciekawość w kwestii wyjazdów do szkół językowych w rodzimych danemu językowi krajach.

 

To jedna z tych stereotypowych sytuacji podobnych do pochwały immersji. Bez wątpienia immersja jest jedną ze skuteczniejszych metod przyswajania języka tubylców, a wyjazdy na wakacyjne turnusy mogą być jej namiastką dla dzieci i młodzieży na co dzień mieszkających w innojęzycznych krajach.

Ale.

Moje rozmówczynie bardzo sobie chwaliły pobyt na turnusie językowym. Fajnie jest być otoczoną językiem, móc się osłuchać, poznawać kulturę danego kraju. Jednak w rozmowie, tak między słowami, wychodziło że nie miały zbytniego kontaktu z miejscowymi, a ich kulturę poznawały najwyżej od przewodników.

Co najciekawsze – efekty takiej czasowej immersji nie były trwałe.

 

Kiedy coś mi się nie zgadza budzi się we mnie detektyw, więc podrążyłam odrobinę temat.

Po wnikliwym przyjrzeniu się sprawie i przesłuchaniu plączących się w zeznaniach świadków 😉 wyszło, że z tą immersją to trochę tak jak z dietą.

 

Dieta-cud

Brzmi znajomo? Z tymi dietami-cud różnie bywa. Na jednych działają, a na innych jakoś nie bardzo. Ciekawe dlaczego?

Podejrzewam, że kopiowanie “bo innym działa” zamiast stopniowego, sensownego wdrażania krok po kroku zmian może różnie wyjść.

Co będzie z diety, która ogranicza lub zabrania tego, co lubi się najbardziej?

 

Podjadanie

Podobnie jak w przypadku większości zmian kontekst i otoczenie mają ogromne znaczenie. Podpytałam moje rozmówczynie jak spędzały czas poza zajęciami typowo językowymi.

Wyobraź to sobie przez moment – jesteś w Londynie, siedzisz cztery-pięć godzin na zajęciach I co potem? Podpowiem.

 

Jeszcze przed zajęciami, z samego rana, sprawdzały media społecznościowe. W przerwach też. Po zajęciach pozwiedzały okolicę z przewodnikiem lub z pomocą Google maps. Wieczorami trzymały się ze swoimi, rozmawiały z bliskimi lub oglądały ulubione programy na Netflix czy YouTube.

Taka niby-dieta z powracaniem do sytuacji wyjściowej i podjadaniem w między czasie, bo już nie możesz, a później powrót do starych nawyków mija się z celem. Szkoda czasu I energii.

 

Zagraniczny wyjazdy, których założeniem jest zanurzenie się w języku obcym i jego kulturze, przeplatane używaniem swojego rodzimego języka w czasie wolnym wydają mi się nieporozumieniem.

 

Efekt Jo-Jo

W trakcie wspomnianej rozmowy byłam bardzo ciekawa ich wrażeń po powrocie. Niestety nie tylko nie nabyły płynności językowej. Nabrały przekonania, że nie są dobre w nauce języka, no bo ponoć najlepsza metoda jaką jest immersja w ich przypadku nie działam.

Do tego jeszcze doszły pytania życzliwych o wrażenia i wyniki. Odpaliła się reakcję obronną i wymówki.

 

Wniosek

Wakacyjne wyjazdy językowe, podobnie jak inne podróże, trzeba planować i wprowadzać z głową – obserwując i monitorując wyniki!

Wiem, że się powtarzam – przede wszystkim trzeba określić CEL.

 

Efekty można równie dobrze osiągnąć krok po kroku. W domowym zaciszu lub w ruchu – jak kto woli. Można przy minimum kosztów osiągnąć maximum efektów. Bez gadżetów, komplikacji, z zastosowaniem poręcznych aplikacji.

 

Jeśli chcesz ruszyć swój angielski z moją pomocą – zapisz się na listę zainteresowanych Move Your English

 

 

W związku ze związkiem – nauka angielskiego w związkach mieszanych

with Brak komentarzy

Nauka angielskiego w związku - akcja_relacja.com.pl

 

Mój kolega Włoch zapytany jak najszybciej uczyć się języka zwykł powtarzać radę zasłyszaną od swojego lektora. Na pytanie “jak nauczyć się słownictwa?” odpowiedź brzmiała “Spać ze słownikiem”. Cóż za odkrywczy pomysł. 

Rzecz w tym, że tłumaczenie nie oddaje humoru sytuacyjnego. Przekonałam się o tym nie raz. Tak się składa, że humorystyczny walor tej wypowiedzi kryje się w podtekście.

Ciekawe czy komuś zdarzyło się kochać we włoskim amancie?

 

Gdybym za każdy raz kiedy słyszałam “mam chłopaka native’a, ale on mnie nie uczy języka” dostała £1, nawet a dime, byłabym milionerką. Serio.

 

Założenia i zauroczenia a nauka angielskiego

Pozwól, że rozwieję pewne popularne przekonanie. A właściwie oczekiwanie, że w związku ze związkiem z Anglikiem nastąpi płynność językowa. Nawet jeśli nie masz, nie jesteś związana z native’m przedstawione przypadki mogą się okazać przydatne. 

 

Uczenie innych języka angielskiego 

Wyobraź sobie, że znasz mieszaną parę, w której kobieta chce się uczyć języka tej drugiej osoby. Być może oczekuje, że tamta będzie poprawiała jej błędy. Być może tego, że nauczy ją nowego słownictwa lub poprawnego formułowania wypowiedzi. Czemu nie, prawda? Przecież pewnie spędzają sporo czasu razem. No właśnie.

Gdyby przyjrzeć się sytuacji bliżej poprawianie błędów i uczenie drugiej osoby wcale nie jest takie łatwe. Zwłaszcza bliskiej osoby. Wyobraź sobie jak lubisz być poprawiana. Jeśli jesteś w tej kwestii podobna do reszty ludzkości istnieją spore szanse, że za poprawianiem błędów nie przepadasz. Pozwól, że ujmę to inaczej.

Nie lubimy wytykania błędów. Większość osób reaguje negatywnie na krytykę. Pojawia się reakcja obronna. I pozamiatane.

A teraz wyobraź sobie, że bliska osoba miałaby poprawiać nasze błędy?

Gorąca wymiana zdań gotowa.

 

Czas na naukę angielskiego we dwoje

Kolejne założenie, to dotyczące spędzania ze sobą czasu, też jest błędne. Tego czasu nie jest aż tak dużo. Dlatego, jak sądzisz, czy bliska osoba chciałaby pożytkować go na poprawianie błędów? Coś w to wątpię.

Następną kwestią jest wspomniane “uczenie kogoś”. Jak miałoby to wyglądać? Czy miałoby się to odbywać w np. trakcie oglądania filmu? Jak? Zatrzymując co kawałek i pytając “ale co on powiedział?” Kto by tak chciał wspólnie oglądać film? Podejrzewam, że jedno z dwojga czytałoby napisy. A to można robić samemu.

Jeśli taka nauka nie miałaby odbywać się w trakcie wspólnego oglądania to jak, gdzie i kiedy?

Słuchając radia? Nie wiem ile osób nadal regularnie słucha radia. Nawet jeśli wiele, to specyfika wypowiedzi radiowych ma to do siebie, że są szybkie. Nie tak łatwo wyłapać zdania. Nie można włączyć pauzy.

 

A może osobno?

No dobrze. Jeśli nie w trakcie wspólnego spędzania wolnego czasu to kiedy? Może kilka razy w tygodniu przy kawie lub herbacie?

Z podręcznikiem i notesem. No nie wiem czy tej drugiej osobie uśmiechałoby się przeznaczanie swojego wolnego czasu na pracę po pracy na rzecz kogoś innego. Nawet bliskiego. Może się mylę, ale nie często się z tym spotykam.

Nie chodzi o to, że osoby z sobą współżyjące się nie wspierają. Chodzi o to, że za rozwój i naukę jest odpowiedzialna osoba, której zależy na efektach.

Jeśli ja się chcę czegoś nauczyć, to ja powinnam być najbardziej zaangażowana i zmobilizowana do działania. Czekanie lub oczekiwanie, że ktoś – nawet bliski – to za mnie załatwi okaże się na dłuższą metę nieskuteczne.

Zakładanie, że ktoś coś za mnie zrobi, zwłaszcza w kwestii uczenia się, to przegrany zakład.

Na pocieszenie dodam, że pomoc bliskiej osoby przyspiesza rozwój i efekty, jednak to do osoby zainteresowanej nimi należy trzymanie ręki na pulsie.

 

 

PS Obserwuję sposoby na poprawianie i korygowanie błędów. W delikatny sposób. Niestety osoby uczące się zdają się nie zawsze je dostrzegać.

Do tego jeszcze wrócę.

Angielski przy herbacie

with Brak komentarzy

 

Let’s look at some of my favourite things. Zrobiło się w tych moich notatkach ciężko i poważnie. A kiedy w Anglii, w Wielkiej Brytanii ma miejsce taka sytuacja zwykle rozważa się ją przy herbacie. Pomyślałam, że przemycę trochę angielskiej tradycji i kultury. Właściwie tła do komunikacji. Nauka języka angielskiego nie powinna odbywać się w oderwaniu od (u)życia. Taka fragmentaryczna nauka byłaby nienaturalna, no i nudna.

 

There is tea, there is hope.

 

Dla rozluźnienia sytuacji opowiem o kilku z moich ulubionych rzeczy po tej stronie kanału. Ostatecznie nie samą nauką języka człowiek żyje. Nawet ja 😉

Mianowicie. W kulturze angielskiej, m.in. lubię herbatę i idiomy. Przecież nie mogło być inaczej 🙂

 

A brief history of tea

 

Musimy się trochę cofnąć w czasie. Historia Anglii i herbaty splata się w czasach kolonialnych. Herbata zaczęła być sprowadzana do Brytanii na początku XVIIw. przez East India Company. Początkowo była produktem kosztownym i ekskluzywnym. W pańskich domach trzymano ją under a lock&key, czyli pod kluczem. Catherine of Braganza, żona Charles’a II  wprowadziła i spopularyzowała rytuał picia herbaty in the English Royal Court – na królewskim dworze.  Zwyczaj picia herbaty podchwyciła brytyjska arystokracja. Widocznie przez wieki w kwestii kopiowania rodziny królewskiej niewiele się zmieniło.

 

Pierwszy skład i sklep z herbatą dla dam został otwarty przez Thomas’a Twining w 1717r. Twining’s jako marka nadal istnieje i jest jedną z najpopularniejszych marek herbaty.

Z czasem herbata stawała się coraz powszechniej dostępna i brytyjczycy się w niej zakochali. Mowa tu o czasach Imperium Brytyjskiego kiedy egzotyczne smaki i przyprawy sprowadzane z Indii i dalekich krajów mocno pobudzały wyobraźnię. W Wielkiej Brytanii można znaleźć ponad tysiąc odmian herbaty różniących się smakiem, kompozycją, kolorem i aromatem.

 

nauka Angielskiego English with Breakfast tea

 

India Teas

Indie wiodą w herbacianym biznesie i eksport ok. 12% światowej herbaty pochodzi z tej części świata.

 

Trzy główne typy indyjskiej herbaty popularnej w UK to:

  • Darjeeling, lekka, delikatna, niskotaniniczna herbata idealna na Afternoon Tea
  • Ceylon jest mocniejsza w smaku niż Darjeeling i bardziej aromatyczna
  • Assam jest mocną, intensywną herbatą, która dobrze sprawdza się w mieszankach

 

China Tea

Spośród chińskich herbat najczęściej spotykanymi w UK są:

  • Lapsang Souchong chyba najsłynniejsza chińska herbata o dymnym aromacie i smaku
  • Yunnan mocna o ziemistym posmaku, stosunkowo często stosowana w mieszankach śniadaniowych.

 

W kwestii preferencji herbacianych angielskie społeczeństwo jest niemal tak podzielone i zagorzałe jak w kwestii kibicowania wybranej drużynie piłkarskiej. Mają ulubione marki, z których jednymi z popularniejszych są PG Tips, Tetley, Twining’s, a Yorkshire obowiązkowo Taylor’s Yorkshire Tea. W Londynie można uczestniczyć w tea blending workshops, czyli warsztatach z przygotowywania indywidualnych kompozycji herbacianych m.in. w East India Company w Mayfair i Whittard of Chelsea.

 

Żeby nie przynudzać tylko krótko wspomnę o popularnych, codziennych mieszankach herbaty.

English Breakfast Tea jest zwykle mieszanką kilku czarnych herbat (Assam, Ceylon, Kenya), a Lady i Earl Gray są chińskimi herbatami z dodatkiem kwiatów i owoców cytrusowych.

 

Builder’s Tea

Popularne, trochę slangowe, określenie kiedyś preferowanej wśród budowlańców mocnej, słodzonej dwie łyżeczki i mlecznej herbaty English Breakfast parzonej w kubku zamiast w imbryku. Jeśli zdarzyłoby się tobie usłyszeć pytanie „How do you like your tea? Builder’s?” to dokładnie o to chodzi.

 

Opisy parzenia i spożywania herbaty pojawiały się wielokrotnie w brytyjskiej literaturze. Poniżej Orwell opisuje proces tak:

 

George Orwell, A Nice Cup of Tea, 1946 | The 11 points from his 1946 essay

  • First of all, one should use Indian or Ceylonese tea.
  • Secondly, tea should be made in small quantities – that is, in a teapot.
  • Thirdly, the pot should be warmed beforehand.
  • Fourthly, the tea should be strong.
  • Fifthly, the tea should be put straight into the pot.
  • Sixthly, one should take the teapot to the kettle and not the other way about.
  • Seventhly, after making the tea, one should stir it.
  • Eighthly, one should drink out of a good breakfast cup — that is, the cylindrical type of cup.
  • Ninthly, one should pour the cream off the milk before using it for tea.
  • Tenthly, one should pour tea into the cup first.
  • Lastly, tea – unless one is drinking it in the Russian style -should be drunk without sugar.

 

Cream Tea & Afternoon Tea

Dość dawno zauważyam, że te dwa określenia potrafią spowodować sporo zamieszania. Cream Tea i Afternoon Tea same w sobie nie są herbatą a formą posiłku przy herbacie. Cream Tea najprawdopodobniej wywodzi się z hrabstwa Devon lub Kornwalii. Jest słodką wersją popołudniowej herbatki i oprócz herbaty składa się z paru scones, zwykle truskawkowego dżemu i gęstej, słodkiej śmietany.

Afternoon Tea można niemal porównać do podwieczorku. Składa się z finger sandwitches, czyli małych kanapek i selekcji kremowych i czekoladowych ciastek. Afternoon Tea urasta do rangii wydarzenia i potrafi być nieprzeciętnym doświadczeniem w luksusowych hotelach i restauracjach. Dla przykładu Time Out zrobił zestawienie co ciekawszych propozycji i miejscówek na Afternoon Tea. Niektóre przypominają Mad Hatter’s tea party – herbatkę u Szalonego Kapelusznika 😉

 

My cup of tea

Któraś z powyższych opcji może być your cup of tea, czyli przypadać tobie do gustu. My cup of tea /not my cup of tea jest jednym z popularniejszych idiomów w codziennym angielskim wyrażającym osobiste preferencje i upodobania w typowo angielski, nie zbyt bezpośredni sposób. Warto go znać.

 

Not for all the tea in China

A na koniec chińska herbata, czyli idiom wyrażający niechęć do podjęcia działania w sensie, że nie zrobisz czegoś za żadne skarby.

Oczywiście tego konkretnego podejście nie polecam w nauce angielskiego 🙂

 

Chętnie wplotę notatki o podobnej, życiowej i kulturowo-tradycyjnej tematyce. Coś czuję, że mogą to być smaczki, które są mało spotykane na blogach czy w kursach językowych, a mogą wam przypaść do gustu. Takie z życia wzięte.

 

I jak się podoba taka notatka?

 

 

Dla kogo się (nie) uczysz?

with Brak komentarzy

 

Właściwie dla kogo się uczysz? Wiesz? Oczywista oczywistość, ale czy aby na pewno?

Choć dla mnie odpowiedź wydaje się prosta przyszło mi spotkać się z przykrymi konsekwencjami takiego myślenia.

Zaobserwuję kilka typów zachowań, nie wszystkie rozumiem. Może sprawdź czy przypadkiem nie dotyczą ciebie?

 

Ucz się ucz, bo…

 

W szkolnych czasach różne do nauki było podejście. Zwykle od dziewczynek oczekiwało się, żeby były spokojne, pilne i uczynne. Miały się dobrze uczyć, nie wychylać i wspierać słabszych. Nawet jeśli Ci słabsi kiedy one się uczyły łazili po drzewach.

 

Idź na studia znaleźć męża

 

Nadal pamiętam wypowiedzi wykładowców kierowane w powietrze lub wprost, że studentki pedagogiki mogą wspinać się na palce pod tablicą ogłoszeń na informatyce albo AWFie. Może męża znajdą. Wydawało mi się to niedorzeczne. Ale może się myliłam?

 

Mam dzieci, nie mam czasu

 

Kolejnym zastanawiającym mnie fenomenem jest „mam dzieci, nie mam czasu na naukę”. Nie wątpię, że opieka nad noworodkiem czy malcem to spory wysiłek. Nie wątpię, że to odpowiedzialność. Pociechy podrastają, idą do szkoły, a znajome mi kobiety nadal nie mają czasu na własny rozwój.

W tym konkretnym wypadku zastanawiaja mnie kilka kwestii. Co się dzieje z dawaniem przykładu? Co się dzieje z odpowiedzialnością? Co się dzieje ze straconym czasem?

 

Przez lata obserwuję kobiety, które na rzecz potrzeb rodziny odkładają swój rozwój. Z czasem potrzeby rodziny rosną, ale możliwości ich zaspokajania nierozwijających się matek proporcjonalnie maleją. Ot taki paradoks. I z tego błędnego koła wyłania się, że odłożenie „aż dzieci odrosną..” okazuje się przekształcać w wieczne-nigdy. Szkoda.

 

Dla porównania i kontrastu polecam przeczytanie artykułu o problemach z nauką szkolną. Może spojrzenie z perspektywy pozwoli, a może pomoże spojrzeć na zachowania przez inny pryzmat. Na własną teraźniejszość, ale i przeszłość.

 

Maskę tlenową najpierw załóż…

 

A tymczasem …niedawno w Sukcesie Pisanym Szminką przeczytałam

 

Wiele kobiet ma problem z tym, żeby robić rzeczy dobre dla siebie i tylko dla siebie. Trudno im czasem nawet odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich dobre. A co za tym idzie uważa, że szukanie dla siebie czasu jest samolubne. Szczególnie, jeśli pracujemy i w naturalny sposób chcemy jak najwięcej czasu po pracy poświęcić rodzinie, dzieciom. Tymczasem znalezienie tej dodatkowej chwili dla siebie jest niezbędne, aby wszystko funkcjonowało tak jak należy.

 

A no, bez baterii daleko się nie pojedzie, ale kobiety są mistrzyniami nalewania z próżnego w pełne, choć ponoć nawet Salomon tego nie umiał.

W przytoczonym fragmencie drażni mnie jedno słowo ( tak już ma, że słowa mają dla mnie znaczenie) – poświęcić. Uważam, że to słowo jest nadużywane. Poświęcić dla mnie kojarzy się ze stratą, a nie z darem czy wyborem.

Poświęcały się męczennice.

Poświęcony czas, to w domyśle czas stracony.

A czemu nie zamienić poświęcić na przeznaczyć? Jak dla mnie to odpowiedniejszy dobór sugerujący wolę i wybór. Sugerujący intencję.

 

Wracając do nauki – tak się zastanawiam dla kogo uczyłyśmy się w dzieciństwie, w latach szkolnych?

Znaczna większość moich koleżanek uczyła się dla rodziców – dla wymagającej matki lub srogiego ojca. Dla ich uznania lub z obawy przed ich niezadowoleniem.

Później uczyły się, żeby dostać się na studia. Później dla dostania pracy. Ewentualnie lepszej pracy.

I co później? Obawa przed reakcją innych lub chęć awansu ustępują i co? Przestajemy się uczyć?

 

Did I miss something?

 

I tu sprawa przybiera inny obrót.

 

W ciągu ostatnich kilku lat przyszło mi obserwować trudne sytuacje. Ze względu na niechęć do nauki, obawę przed porażką, pozorny niekorzystnym bilans zysków i strat, zmęczenie imigranci i nie tylko utknęli. Jest na to określenie – keep people stuck – czyli sytuacja, w której przekonania  powodują, że osoby grzęzną.

Nie na chwilę. Na wiele lat.

 

Zaczynają się schody… do nieba?

 

Za czasów pracy w londyńskich klubach członkowskich mijałam na schodach kobiety, które przychodziły do pracy kiedy ja wychodziłam. A wychodziłam późno. One zaczynały swoją zmianę po północy i pracowały do rana. Aż przyjdzie kolejna zmiana, żeby przyjąć członków klubu w czyste, nocą wypucowane progi.

Innego zabarwienia nabrało dla mnie wyrażenie „babcia klozetowa”. Bo to nie jeszcze nie są babcie. Ich dzieci są jeszcze małe, a czas tym kobietom ucieka nad toaletą i niechcący mogą wpasować się w to określenie. Ale odbiegłam od tematu.

 

Słów mi brak

 

Paradoks polega na tym, że one niekoniecznie są niewykształcone. I nie brak w około możliwości.

 

Poznałam kilka pielęgniarek, analityczek i nauczycielek. Co ciekawe w Londynie jest zapotrzebowanie na osoby w tych profesjach. Tylko, że kobiety, które mijałam na schodach, z którymi wymieniałam po kilka słów w przelocie… tylko tych kilka słów znały.  Przed poprawą swojej sytuacji nie powstrzymuje ich brak inteligencji czy wykształcenia. Powstrzymuje je brak wystarczającej znajomości języka. Ten brak zrodził kolejny – brak pewności siebie. I tak rodzina się powiększa o brak wiary we własne możliwości. A ta rodzina o siebie nawzajem dba. Tak jak one o czekające na nie po nocce dzieci.

 

No i niestety nadal nie wiem…, ale może Ty wiesz?

Dla kogo się (nie) uczysz?

 

 

 

Angielski od świąt do nowego roku, czyli Tradycyjne 12 Days of Christmas

with Brak komentarzy

 

Słyszałaś kiedyś o „The twelve Days of Christmas”? Nie? A wiesz czemy znajomość tradycji jest taka ważna? Widzisz, język to nie tylko gramatyka, słownictwo i wymowa. Język to też, jeśli nie przede wszystkim, kultura ludzi nim się posługujących. I jeśli myślisz, że w języku akademickim, biznesowym… (czy nawet potocznym takim z ulicy czy z You Tube) obejdziesz się bez znajomości tradycji, to się mylisz. Całe mnóstwo znaczeń znajduje się właśnie między słowami. Polacy mają dwanaście dań i pasterkę o dwunastej, a Anglicy mają dwanaście dni świąt. Zobaczmy jak ma się angielski od świat do Nowego Roku.

 

W Polsce tradycyjnie święta rozpoczynają się w wieczór wigilijny wieczerzą. Od regionu do regionu zestaw dań i ich liczba mogą się różnić, ale zwykle z pojawieniem się wyczekiwanej przez dzieci pierwszej gwiazdki rodzina zasiada do wspólnej uroczystej kolacji.

 

Nadal wyraźnie pamiętam moje zdziwienie, a nawet zaskoczenie w pierwszą Wigilię w Anglii. Pracowałam wtedy w hotelu z bardzo popularnym w mieście barem, skąpanym w hedonistycznym klimacie. Zdziwiło mnie, że w Wigilię Anglicy imprezują i tęgo zakrapiają. Wiedziałam, że w tradycji protestanckiej obchodzi się Boże Narodzenie, ale tego chyba się nie spodziewałam. Święta zaczynają się w pierwszy dzień świąt od wspólnego obiadu. Podejrzewam, że szok kulturowy, którego doświadczyłam wiązał się z różnicami w podejściu i charakterze świąt.

 

Angielskie tradycje świąteczne

 

Święta w Anglii kojarzą mi się z…

 

Christmas Crackers

 

Na świątecznym nakryciu stołu nieodzownie znajdzie się  Christmas Cracker. Christmas cracker to taka tuba a’la bonbon, w której znajduje się fant lub zagadka. Stojąc wokół stołu biesiadnicy ciągną sprecionymi na krzyż rękoma za trzymany przez siebie koniec. Komu zostanie fant w ręku to jego 🙂

Tradycja została zapoczątkowana przez producenta słodyczy Tom’a Smith w późnych latach czterdziestych XIXw. (late 1840s), ale rozpowszechniła się dopiero kiedy Smith wykombinował jak sprawić, żeby Christmas cracker wydawał charakterystyczny odgłos „crack” przy pękaniu.

 

Christmas Stockings

 

Pewnie kojarzycie z filmów, choćby Home Alone – Kevin sam w domu, wiszące nad kominkiem świateczne, pasiaste pończochy. Ten zwyczaj nawiązujuje do podarunków zostawianych przez Świętego Mikołaja. Legenda głosi, że Mikołaj wrzucił prezenty dla ubogiego ojca niezamężnych córek przez komin. Na kominie suszyły się pończochy. Prezenty wpadły do pończoch. I tak już zostało. Powstała tradycja.

Podobnie jak angielski tradycyjny trunek, popularne imię św. Mikołaja (ang. St. Nicholas) przywędrowało od Holendrów i ich Sinterklaas, co z czasem przekształciło się w obecnie występujące w angielskim Santa Claus.

 

Holly and Ivy

 

Ostrokrzew i bluszcz są utożsamiane z Christmas i są częstym motywem przewodnim tradycyjnych, folklorystycznych kolęd.

Symbolizm obu wywodzi się z przed-chrześcijańskich obrządków związanych z przesileniem zimowym (ang. solstice). Używane były jako ozdoby – często jedyne kolorowe akcenty w najciemniejszym miesiącu roku.

 

Mistletoe – pocałunki pod jemiołą

 

Wieszanie jemioły pod sufitem było starożytną pogańską tradycją zaadoptowaną na początku chrześcijaństwa. Słowo ‚mistletoe’ pochodzi z języka anglo-saksońskiego. Dla druidów zrywanie tej rośliny było specjalnym, tradycyjnym obrzędem odprawianym podczas przesilenia zimowego.

Jako pierwsi pod jemiołą całowali się Anglicy.Tradycyjnie przy każdym pocałunku jemioła traci jedną jagodę.  Rosnąca na dębach jemioła uważana była za talizman, wieszanie jej pod sufitem miało przynieść pomyślność i zdrowie domownikom, a składanie pod nią pocałunków kochanej osobie wróżyć pomyślność i szczęście w miłości.

 

Minced Pies

 

Minced pie to ciastko wypełnione owocami i przyprawami. Nierzadko skropione brandy (nalewka lub destylat owocowy). Minced pies pojawiają się jedynie w okresie świątecznym a przywędrowały do Anglii z Bliskiego Wschodu ( Middle East) po wyprawach krzyżowych do Ziemi Świętej.

Początkowo robione były z mięsem mielonym (ang. minced meat), suchonymi owocami, ziołami i przyprawami korzennymi. Z czasem mięso zniknęło z farszu.

 

Turkey

 

Jako pierwszy indyka do świątecznego jadłospisu wprowadził król Henry VIII prawie pół millenium temu, bo w 1526. Początkowo był jedynie dostępny dla wyższych sfer. Indyk głównym bożonarodzeniowym daniem stał się w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku i nawet wtedy kosztował około tygodniówki. Wcześniej nie jadano wołowiny ani drobiu, bo krowy i kury były cennymi dostawczyniami mleka i jajek.

Trochę więcej o wejściu indyka na tradycyjny świąteczny stół możesz przeczytać w Independent.

 

Christmas Pudding

 

Bożonarodzeniowy obiad nie mógłby się obejść bez tradycyjnego Chrismas Pudding. Tradycja świątecznego ciasta wyrosła z średniowiecza. Ten śliwkowo-figowo-jajeczno-alkoholowy pudding jeśli jest home-made, czyli domowym „wypiekiem” ( nie jest pieczony) przygotowuje się przed adwentem. Mocno podlewa się go alkoholem. Żeby się nie popsuł 😉  A potem przez ponad miesiąc, aż do świąt, dojrzewa. Przepisy na Christmas pudding niejednokrotnie są rodzinną, strzeżoną tradycją. Zwykle w skład ciasta wchodzi trzynaście cennych składników – owoców, ziół i egzotycznych przypraw – symbolizujących Chrystusa i dwunastu apostołów.

 

Kulinarne przepisy znajdziecie na BBC Good Food.

 

Christmas Carols

 

Kolędowanie jest zdecydowanie wspólną częścią świątecznych tradycji. Od lirycznych kolęd religijnych po popularne piosenki świąteczne. Dla każdego znajdzie się coś fajnego. Zwłaszcza prezenty. The Twelve Days of Christmas właśnie o prezentach traktuje. I o obdarowywaniu.

Przy okazji można poćwiczyć pamięć, bo to przykład tzw. piosenki kumulacyjnej. Każda zwrotka rozpoczyna się powtórzeniem wszystkich podarunków z poprzedniej. W kolejności. Kto się pomyli, ten gapa.

 

On the first day of Christmas my true love sent to me
partridge in a pear tree.

On the second day of Christmas my true love sent to me
Two turtle doves
And a partridge in a pear tree.

On the third day of Christmas my true love sent to me
Three French hens,
Two turtle doves,
And a partridge in a pear tree.

 

 

 

Polecam Old-school wersię tej pastorałki z amerykańskim brzmieniem w wykonaniu Bing Crosby and The Andrews Sisters.

 

Boxing Day

 

Ever wondered what this means? Drugi dzień świąt. I nie, nie ma nic wspólnego z po-świątecznym zrywem sportowym. Kto może pewnie nadal leży do góry brzuchem.. ewentualnie poczłapie do lokalnego pub’u.

Etymologia nawiązuje do ‚Christmas Box’, czyli pudełka na prezent lub z prezentem. Najprawdopodobniej związana jest z dawną tradycją w wyższych sferach. W Boxing Day państwo dawało służbie wychodne ‚ a day off’ i obdarowywania upominkiem, a może nawet bonusem. W dawnych czasach w pańskich posiadłościach służba dostawała wychodne dosłownie od święta. I taką właśnie okazją był dzień tuż po Bożym Narodzeniu. Wtedy służący mogli udać się na spotkanie z rzadko widywaną rodziną i zabrać dla niej ‚resztki z pańskiego stołu’. Trochę powiało niechęcią. Zupełnie niecelowo.

 

Jeszcze do niedawna Boxing Day był dniem rozpoczynającym poświąteczne przeceny, ale z tego co zaobserwowałam w ostatnich latach ta tradycja ulega zmianie i szaleństwo niskich cen zazębia się z szaleństwem przedświątecznych zakupów. Londyńską Oxford Street od wczesnego grudnia trudno się przecisnąć przez rozszalałe tłumy. Najlepiej te rejony w okresie świątecznym omijać.

 

 

A Wy? Macie ulubioną świąteczną tradycję?