Dla kogo się (nie) uczysz?

with Brak komentarzy

 

Z braku lepszego wstępu przejdę do rzeczy. Właściwie dla kogo się uczysz?

 

Chciałabym uzyskać prostą i jednoznaczną odpowiedź. Ciekawe czy się da? I sama nie wiem.

Tak się jednak składa, że obserwuję kilka typów zachowań. Wszystkie mnie zastanawiają. Może będziesz potrafiła rozwiać te moje wątpliwości..

 

Ucz się ucz, bo…

 

W szkolnych czasach różne do nauki było podejście. Zwykle od dziewczynek oczekiwało się, żeby były spokojne, pilne i uczynne. Miały się dobrze uczyć, nie wychylać i wspierać słabszych. Nawet jeśli Ci słabsi kiedy one się uczyły łazili po drzewach.

 

Idź na studia znaleźć męża

 

Nadal pamiętam wypowiedzi wykładowców kierowane w powietrze lub w prost, że studentki pedagogiki mogą wspinać się na palce pod tablicą obłoszeń na informatyce albo AWFie. Może męża znajdą. Wydawało mi się to niedorzeczne. Ale może się myliłam?

 

Mam dzieci, nie mam czasu

 

Kolejnym zastanawiającym mnie fenomenem jest „mam dzieci, nie mam czasu na naukę”. Nie wątpię, że opieka nad noworodkiem czy malcem to spory wysiłek. Nie wątpię, że to odpowiedzialność. Pociechy podrastają, idą do szkoły, a znajome mi kobiety nadal nie mają czasu na własny rozwój.

W tym konkretnym wypadku zastanawiaja mnie kilka kwestii. Co się dzieje z dawaniem przykładu? Co się dzieje z odpowiedzialnością? Co się dzieje ze straconym czasem?

 

Przez lata obserwuję kobiety, które na rzecz potrzeb rodziny odkładają swój rozwój. Z czasem potrzeby rodziny rosną, ale możliwości ich zaspokajania nie rozwijających się matek maleją. Ot taki paradoks. I z tego błędnego koła wyłania się, że odłożenie „aż dzieci odrosną..” okazuje się przekształcać w wieczne-nigdy. A konkretniej równać z rezygnacją.

 

Tu dla porównania i kontrasku polecam przeczytanie o problemach z nauką szkolną. Może spojrzenie z perspektywy pozwoli, a może pomoże spojrzeć na działania przez inny pryzmat. Na działania własne, ale i na własne wspomnienia.

 

Maskę tlenową najpierw załóż…

 

A tymczasem …niedawno w Sukcesie Pisanym Szminką przeczytałam  „Wiele kobiet ma problem z tym, żeby robić rzeczy dobre dla siebie i tylko dla siebie. Trudno im czasem nawet odpowiedzieć na pytanie, co jest dla nich dobre. A co za tym idzie uważa, że szukanie dla siebie czasu jest samolubne. Szczególnie, jeśli pracujemy i w naturalny sposób chcemy jak najwięcej czasu po pracy poświęcić rodzinie, dzieciom. Tymczasem znalezienie tej dodatkowej chwili dla siebie jest niezbędne, aby wszystko funkcjonowało tak jak należy.

A no, bez baterii daleko się nie pojedzie, ale kobiety są mistrzyniami nalewania z próżnego w pełne, choć ponoć nawet Salomon tego nie umiał.

W przytoczonym fragmencie drażni mnie jedno słowo ( tak już ma, że słowa mają dla mnie znaczenie) – poświęcić. Uważam, że to słowo jest nadużywane. Poświęcić dla mnie kojarzy się ze stratą nie z darem czy wyborem.

Poświęcały się męczennice.

Poświęcony czas, to w domyśle czas stracony.

A czemu nie zamienić poświęcić na przeznaczyć? Jak dla mnie to odpowiedniejszy dobór sugerujący wolę i wybór. Sugerujący intencję.

 

Wracając do nauki – tak się zastanawiam dla kogo uczyłyśmy się w dzieciństwie, w latach szkolnych?

Znaczna większość moich koleżanek uczyła się dla rodziców – dla wymagającej matki lub srogiego ojca. Dla ich uznania lub z obawy przed ich niezadowoleniem.

Później uczyły się, żeby dostać się na studia. Później dla dostania pracy. Ewentualnie lepszej pracy.

I co później? Obawa przed reakcją innych lub chęć awansu ustępują i co? Przestajemy się uczyć?

 

Did I miss something?

 

I tu sprawa przybiera inny obrót.

 

W ciągu ostatnich kilku lat przyszło mi obserwować inne sytuacje. Uczenie się wiązało się dla wielu osób z niechęcią do nauki, obawą przed porażką, niekorzystnym balansem zysków i strat, zmęczeniem – keep people suck – te powodują, że osoby grzęzną.

Moje obserwacje w tak zwanym londyńskim High End (restauracjach i Private Members Clubs) obfitowały w osoby nie na przysłowiowym zmywaku, a na bardzo dosłownym, realnym, fizycznym zmywaku. I nie na wakacje. Nie na chwilę. Na wiele lat.

 

Zaczynają się schody… do nieba?

 

Mijałam na schodach kobiety, które przychodziły do pracy kiedy ja wychodziłam. A wychodziłam późno. One zaczynały swoją zmianę po północy i pracowały do rana. Aż przyjdzie kolejna zmiana, żeby przyjąć klientów w czyste, nocą wypucowane progi.

Żadna praca nie hańbi.  Innego jednak zabarwienia nabrało dla mnie wyrażenie „babcia klozetowa”. Głównie dlatego, że czas tym kobietom ucieka nad toaletą i niechcący mogą wpasować się w to określenie. Ale odbiegłam od tematu.

 

Słów mi brak

 

Paradoks polega na tym, że one niekoniecznie są niewykształcone. I nie brak w około możliwości.

 

Poznałam kilka pielęgniarek, analityczek i nauczycielek. Co ciekawe w Londynie jest zapotrzebowanie na osoby w tych profesjach. Tylko, że kobiety, które mijałam na schodach, z którymi wymieniałam po kilka słów w przelocie… tylko tych kilka słów miały. Nie brak inteligencji czy wykształcenia je powstrzymywał przed zmianą. Powstrzymywał je brak języka. Ten brak zrodził kolejny – brak pewności siebie. I tak rodzina się powiększa o brak wiary w swoje możliwości. A ta rodzina o siebie nawzajem dba. Tak jak one o czekające na nie po nocce dzieci.

 

No i niestety nadal nie wiem…, ale może Ty wiesz?

Dla kogo się (nie) uczysz?