Błędy w angielskim i jak się na nich uczyć

with Brak komentarzy

jak się uczyć angielskiego na błędach

Zwykle ujmuję sprawy względnie delikatnie, pedagogicznie. Na potrzeby tej notatki o błędach w angielskim ujmę sprawę tak jak wyjaśniłam znajomej.

Notatka powstała na podstawie autentycznej rozmowy i doświadczeń. Spotkałyśmy się pewnej niedzieli w Harvey Nichols 5th floor, Knightsbridge. Nie mój typowy hangout, ale nie chciałyśmy spotykać się na starych śmieciach. Znamy się od kilku lat. Odkąd pamiętam przewija się ten sam błąd. Od lat obija mi się o uszy.

Z zasady nie wytykam błędów. To jednak nie znaczy, że je ignoruję.

 

Moja nauka na błędach w angielskim

W początkowym etapie przyjazdów do Anglii, jeszcze w czasie studiów, nie raz sama prosiłam o poprawianie moich błędów w angielskim. Zależało mi, żeby się szybko nauczyć i czułam, że nieświadoma tego, co mówię nie tak nie będę w stanie pracować nad swoim angielskim. A przynajmniej nie tak szybko i skutecznie jak chciałam.

Chyba nie trzeba wyjaśniać jakie takie prośby przynosiły efekty. Słabe. Prawie żadne. Wyjaśniałam ten mechanizm na podstawie związków.

Na dodatek Anglicy i rodowici użytkownicy języka przywykli do obcokrajowców. Niektórzy wykazują się wsparciem, inni być może cierpliwością. Ogólnie rzecz biorąc wśród Anglików poprawianie rozmówcy uchodzi za nietaktowne i zdarza się rzadko. Opisywałam to bliżej w Mind the Gap.

Jeśli już występuje to zwykle wplecione w rozmowę.

Żeby to dostrzec trzeba być tego świadomą. To trochę tak jak z szukaniem czegoś czego się nie zna. Jakoś trudno znaleźć coś kiedy się nie wie na co zwracać uwagę. A kiedy się już wie, nagle dostrzega się to wszędzie.

 

Najczęstsze sposoby poprawiania błędów w angielskim

 

1.Dopytywanie.

Jak to w rozmowie bywa czasem ktoś nie dosłysz. Jeśli rozmówca nie dosłyszał lub nie zrozumiał – prawdopodobnie dopyta. Poprosi o powtórzenie. Jeśli zdarzy się to raz, dwa razy – możliwe, że było wokół głośno albo powiedziało się coś niewyraźnie. Czasem takie powtarzające się “pardon” może być niezręczne, ale nie ma się co irytować. Nie ma się co stresować. Może coś jest nie tak i warto się przez moment zastanowić dlaczego komunikat nie dociera. Jeśli ktoś dopytuje to po to, żeby zrozumieć. Można spróbować powiedzieć to samo w inny sposób, uprościć wypowiedź. Nawet opisowo i na około. Lepiej nie tracić okazji do nauki i zapytać co było niejasne. Potem sprawdzić i poprawić. Uczysz się dzięki temu słownictwa i radzić sobie w irytujących sytuacjach.

2. Powtarzanie

Z taką formą poprawiania błędów w angielskim można spotkać się najczęściej w realu. Jest subtelna i możliwe, że właśnie dlatego tak umyka uwadze. Jeśli w wypowiedzi wystąpił błąd gramatyczny, np. użyto nieodpowiedniego czasu po angielsku do sytuacji lub kontekstu istnieje spora szansa, że rodzimy użytkownik języka angielskiego, czyli native speaker, powtórzy taką wypowiedź poprawnie. Trochę automatycznie. Na to warto zwracać uwagę, bo można się nauczyć od razu sytuacyjnie i związać taką korektę z konkretnym wspomnieniem. Dzięki temu poprawna forma gramatyczna angielskich czasów może utkwić w pamięci bez dodatkowego wysiłku.

Jeśli poprzesz to odrobiną zaangażowania i sprawdzisz wypowiedź przed i po korekcie – analiza umożliwi porównanie i skontrastowanie.

Dwa w jednym 🙂

3. Wyjaśnienie

Chyba nietrudno się domyślić jak może ta forma poprawiania błędów wyglądać. Jednak w realu poprawianie i wyjaśnianie błędów w angielskim wyglądają inaczej niż w klasie.

Osobiście preferuję dwustopniową weryfikację. Delikatnie, ale wyraźnie pytam czy zdają sobie sprawę z pomyłki lub błędu gramatycznego. Robię to po to, żeby ustalić czy to utrwalony błąd, niewiedza czy przejęzyczenie albo potknięcie językowe. Przecież każdemu może się zdarzyć. Czasem na tym etapie występuje autokorekta i super.

Jeśli jednak autokorekty brak – wyłapuję kłopotliwą strukturę czy słowo i zestawiam formy. Może zauważyłaś, że praktycznie w tym kroku zawierają się dwa poprzednie tylko w rozbudowanej formie.

Jeśli okaże się, że to nieświadomy błąd w angielskim – pytam czy chcą, żeby go omówić. Jeśli nie – spoko. Bez sensu byłoby powodować u kogoś skrępowanie. Taka atmosfera nie sprzyja nauce. Ale.

Jeśli troska jest szczera – opór i niezręczność są minimalne, bo..

It takes one to know one – swój swego zrozumie.

 

Też przez to przechodziłam i to chyba słychać. Nie jest moją intencją kogokolwiek zawstydzać, sama kiedyś chciałam takiej pomocy i z chęcią ją przyjmowałam. Łatwiej jest przyjąć pomoc od kogoś o podobnym doświadczeniu.

Nadal też pamiętam kilka mało przyjemnych przypadków publicznych poprawek, więc sama takich nie serwuję.

 

Mam nadzieję, że ta wiedza i doświadczenie ułatwią Ci naukę i rozwój angielskiego.

 

 

Bądź dobrej myśli, bo po co być złej?

with Brak komentarzy

jak nauczyć się angielskiego

Trochę się ociągałam z tą notatką. Nie, nie zwalam tego na brak czasu. To bardziej prozaiczna kwestia – nie taszczę ze sobą laptopa w pole (mógłby zmoknąć i nie ma tam zasięgu). Jednak od dawna za mną chodzi myśl i nie daje mi to spokoju. Już tak chodzi mi po głowie, że zrobiłam ręczne notatki w notesie. I wreszcie wygospodarowałam chwilę, żeby je spisać, przepisać i uporządkować.

Szczerze, najprawdopodobniej tyle mi to zajęło, bo nie wiedziałam jak ugryźć ten temat. Zastanawiam się czy rozszyfrujesz moje notatki. Przypomina mi to trochę czasy studenckie – kiedy jedna osoba była na wykładach, inna nie. Następnie wymieniają się notatkami tzn. ta inna je czyta i nic nie kuma przez brak kontekstu.

 

Ale. Nie ma co się miotać. Tak naprawdę zależy mi jedynie na tym, żeby wyciągnąć na światło dzienne i uzmysłowić Ci pewne podstępne zjawisko. Od świadomości wszystko się zaczyna. Dlatego postaram się wprost i po prostu.

 

Trochę psychologicznie

Z pewnymi zjawiskami jest tak, że z czasem się z nimi oswajamy i nawet ich nie zauważamy. Co gorsze, stają się nam na tyle bliskie, że nawet ich bronimy.

Dostrzegam takie niepokojące zjawisko kiedy słyszę “bo ja nie umiem”, “w szkole mi się nie udawało”, “nie jestem w tym dobra”, “nigdy się tego nie nauczę”. Zapala mi się wtedy czerwona lampka. I już wiem, że się skubaniec zbunkrował.

 

Pewnie mogłabyś powiedzieć, ale się czepiam, bo przecież są takie rzeczy, których uczenie się jest trudne. Możliwe, że jest trudne, ale nie jest niemożliwe.

Żeby nie komplikować spraw spójrzmy na przykłady.

 

Wolisz psa czy masz kota

Ponoć ludzie dzielą się na takich, którzy wolą psy lub koty. Zatrzymamy się na dosłownie moment przy najlepszym przyjacielu człowieka. To tak dla kontekstu.

Badacze Seligman i Maier w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku poddawali czworonogi badaniu – rażeniu prądem w sytuacji bez wyjścia. Psiaki początkowo stawiały opor, po kilku nieudanych próbach kładły się na ziemi i biernie znosiły cierpienia. Z czasem słabły i umierały. Smutne.

Następnie przeprowadzono podobną próbę – z tą różnicą, że kiedy zwierzaki przestały stawiać opór prowadzący odstawiali bodziec. Pomimo tego, że zwierzę miało możliwość oswobodzenia się – nie podejmowało próby. Nawet po wskazaniu drogi wyjścia i demonstracji pies nie powtarzał zachowania samodzielnie. Zwierzęta popadały w apatię. W efekcie przestawały jeść i umierały.

Większość zwierząt szybko uczy się jak unikać bólu i ucieka. Jednak te psy, które w poprzednich próbach wyuczono, że nie można uciec od wstrząsu, stały się bezradne. Nawet kiedy sytuacja i warunki się zmieniły nie szukały wyjścia. Gorzej – wyprowadzone z klatki same wracały.

 

Podobne badanie przeprowadził Richter – na szczurach.

Wrzucano szczura do zimnej wody w śliskim cylindrze. Przy próbie bez ingerencji zewnętrznej szczur po kilku chwilach pływania w kółko się topił.

Oddzielną próbę przeprowadzono w dwóch etapach: w pierwszym, kiedy szczur zaczynał się topić podano mu kij, po którym się wydostawał.

W drugim etapie ten sam szczur ponownie wrzucony do kadzi z wodą pływał godzinami.

 

Ale o co chodzi?

Chodzi o to, że przeszłe doświadczenia mają wpływ na to jak postrzega się swoją sprawczość.

Badania na zwierzętach (moim zdaniem okrutne) przedstawiają skutki wyuczonej bezradności.

Ludzie mają podobnie.

Raz, drugi, może trzeci coś nie wyszło i się poddają.

Uczenie się bezradności, czyli poczucia braku wpływu i kontroli nad sytuacją, przebiega nadzwyczaj szybko.

Trudności w uczeniu się, izolacja społeczna, apatia to tylko niektóre ze skutków bezradności.

 

Szczerze, wolałabym napisać notatkę lekką, zabawną i z polotem, ale jakoś nie czuję obracania tej sprawy w żart. 

Męczyło mnie obserwowanie pozornie niewinnych zachowań, które tak często obserwuję u osób uczących się angielskiego. Zwyczajnie obawiam się, że im to wejdzie w nawyk, będzie się tego trudno pozbyć i komuś jeszcze zaszkodzi. 

Często tego nie widać, umyka naszej uwadze, ale kiedy słyszę “nie potrafię”,“nie umiem”, “nigdy się tego nie nauczę” – przechodzą mnie dreszcze. Reaguję. Biję na alarm, bo wiem, że to sabotaż.

 

Wymówka to nie zdrobnienie od wymowa

Zaczyna się niewinnie, ale im więcej coś się powtarza, tym bardziej się to utrwala. Dlatego warto, nawet należy, szczególnie uważać na to, co się do siebie mówi. Trudno się dziwić, że się nie rozwija i nie ma świetnych wyników jeśli się ciągle powtarza „nie da się”, „nie potrafię”.

Uważaj, na to co ćwiczysz, wymowę czy wymówkę. Właściwie rozwijasz czy może zwijasz przez to język?

 

Nie wszystko stracone, nawet jeśli zdarzało Ci się tak myśleć. Może zauważyłaś w tych badaniach przebłysk nadziei. Zamiast kija można znaleźć pomocną dłoń. Poszukać przeszłych małych sukcesów i zwracać uwagę na najdrobniejsze osiągnięcia. Sukcesy, powodzenia, pochwały pomagają w stopniowym nabieraniu wiary w swoje możliwości.

Jeśli wierzysz w swoje siły – to SUPER.

Jeśli miewasz wątpliwości – poszukaj mini i mikro sukcesów i je sobie zapisz. Każda osoba odniósła jakieś sukcesy. TY na pewno też.

Może masz prawo jazdy, pieczesz wyśmienite ciasta, masz rękę do roślin i czego dotkniesz kwitnie.

Może robisz na drutach albo kaligrafujesz. Na pewno w czymś jesteś świetna.

 

Bez owijania w bawełnę – jestem zwolenniczką pozytywnego wzmacniania, budowania na naszych atutach i mocnych stronach.

Niezależnie od tego czy kiedyś coś nie poszło po Twojej myśli, czy teraz idzie Ci opornie – nie przyjmuj tego za pewnik i wyznacznik na przyszłość.

Im bardziej jesteś świadoma działania warunkowania, tym lepiej możesz sama nim zarządzać. Lepiej chuchać na zimne i unikać ograniczających przekonań.

 

Mam do Ciebie prośbę. Jeśli zdarzy Ci się usłyszeć powątpiewanie we własne możliwości – reaguj!

To, że kiedyś coś nie wyszło wcale nie znaczy, że masz się tego trzymać i to powtarzać.

 

Bo jeśli to czytasz to już szukasz sposobu 🙂

Getting things DONE – Jak realizować plany

with 1 komentarz

Wiesz jak zrealizować plan? Możliwe, że słyszałaś o Getting Things Done Davida Allen’a.

W tym wpisie poznasz prostą i ogromnie skuteczną metodę planowania i osiągania zamierzonych celów.

Are they getting things done? – to pytanie wybitnie utkwiło mi w pamięci jeszcze zanim poznałam formułę D.O.N.E.

Pracowałam kiedyś w biurze, w którym oficjalne godziny pracy przypadały na 9am do 6pm, czyli norma. Jednak, właściwie rutynowo, biuro zapełniało się około 8.30 rano. Zwykle towarzyszyła tej porannej zbiórce aura planowania i działania. Zanim zaroi się jak w ulu.

Choć nie jestem zwolenniczką pracy poza określonymi jej godzinami to takie przedbiegi miały swoje plusy. Chwila ciszy i spokoju przed porannym small talk i kawą sprzyjała realizacji planów. Był to idealny moment do przygotowania się na produktywny dzień. Pomimo różnych indywidualnych preferencji dobowych, po odpoczynku nasza energia lubi być na wyższym poziomie.

Realizacja planu to jedno, ale jak go przygotować? Można użyć do tego D.O.N.E. zaczerpniętej z Follow Through Formula Marie Forleo.

Get Things D.O.N.E. – realizacja planu

 

D – Define & Decide

 

Decyzja i definicja. Pozostawiam pewną dowolność w kwestii kolejności. Osobiście lubię najpierw wiedzieć CO mam ogarnąć, zrozumieć z czym mam do czynienia. Następnie decyduję, co zrobić. W sytuacji, gdy opcji jest za dużo biorę się za tą, którą jestem w stanie zrealizować najsprawniej.

Często pracujemy nad zbyt wieloma projektami. Na raz. To niestety nie działa.

Zbyt wiele zajęć rozprasza uwagę i zamiast osiągać widoczny postęp choć w jednym kierunku, miotamy się.

Bez jasno zdefiniowanego celu podróży można desperacko bić pianę stojąc w miejscu zamiast płynąć do wybranego portu.

Na temat pracy w skupieniu znajdziesz więcej tutaj.

 

Krok I

Decyzja. W podstawowym znaczeniu tego słowa decydować pochodzi od łacińskiego decidere, co oznacza odciąć.

Decydując się na realizację jednego planu na czas trwania danego projektu warto odciąć się od wszystkich innych i skupić całą energię na wykonaniu konkretnego zadania.

 

Krok II

Definicja. Ustalenie bardzo konkretnie do jakiego rezultatu dążymy.

Najlepiej, żeby rezultat był mierzalny, konkretny i osiągalny. Warto ustalić dzięki czemu będzie wiadomo, że osiągnięto cel. I jak będzie się wtedy czuło.

W trakcie realizacji planu lubią zdarzać się nieprzewidziane sytuacje, ale mając konkretne parametry jest łatwiej pozostać na kursie. Bez żadnych wątpliwości. Załatwione. Odhaczone.

Trochę tak jak w HD  High Definition, czyli bardzo ostry i wyraźny obraz.

 

O – Organise

 

Organizacja. Zorganizuj swoje działania i otoczenie. Już słyszę ale… ale…  No właśnie nie. Bez ale.

Jeśli projekt nie jest rozpisany to nie jest zaplanowany i będzie łatwiej zboczyć z toru w trakcie realizacji.

Jak to mawiają spece If it’s not scheduled, it’s not real.

 

Jeśli coś istnieje tylko w wyobraźni to jest marzeniem nie celem. Plany, żeby zadziałały wymagają wcześniejszego opracowania!

Jeśli zabraknie szczerości na wstępie, to niewiele z tego będzie. Po co karmić się iluzją?

 

Trochę jak z wizytą u ulubionego fryzjera – czekasz aż nie będzie wolnego terminu? Chyba nie. Na termin się ZAPISUJESZ, prawda? Dlaczego?

Może dlatego, że masz świadomość ograniczonego czasu i ewentualnego braku miejsc. Może przed tem próbowałaś gorączkowo umówić się w ostatniej chwili. Teraz jak na czymś Ci zależy nie czekasz. 

 

N – No Train

 

Pociąg do NIE!

Tim Ferriss nazywa to Metodą na dwulatka. Po pierwsze – ‚NIE’

Sztuka eliminacji i odmawiania. Ale tak serio, komu odmawianie nie sprawia trudności?  Częściej mamy tak, że uczynność wykręca ramię i się zgadzasz, choć niechętnie. Zwykle ani to cieszy, ani rozwija. Pożeracz czasu i energii.

Innymi razy masz ochotę na coś, co powinno poczekać, ale FOMO (Fear Of Missing Out) kusił i sprowadzał na manowce?

Nie ma lekko…

Rzecz nie w tym by nie być pomocnym, ale w trzymaniu się własnych priorytetów. Aby strategicznie doprowadzić zadanie do końca konieczna jest umiejętność opierania się prośbom, pokusom i wszelkim działaniom, które sprowadzają na poboczne ścieżki i oddalają od celu. Eliminacja rozpraszaczy.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie można być jednocześnie na kilku imprezach, w kilku pociągach. Przyjmując jedną propozycję odrzucamy inną. Mówiąc tak kilku ciekawym pomysłom nie realizujemy żadnego. Zawsze coś za coś.

Ustal, co jest dla Ciebie ważne. To wymaga wykonania w pierwszej kolejności, przed wszystkim innym.

Z czasem wejdzie to w nawyk.

 

E – Execute

 

Egzekucja, czyli wykonanie działania. Decyzja została podjęta. Plan opracowany. Ewentualne cuda przemyślane. Wszystko zapisane.

Czas zakasać rękawy i wykonać. Same jesteśmy odpowiedzialne za własne efekty. 

Nie ma zmiłuj. Wróżki-podróżniczki tego za nas nie zrobią. Akcja.

 

Podsumowując:

Definicja i decyzja. Organizacja. Nie ulegać pokusom. Egzekwować.

 

PS. Jeśli te cztery kroki Cię przerażają, zacznij od pierwszego.

Koniecznie. 

Pamiętaj, jeśli oszukujesz, oszukujesz tylko siebie.

Powodzenia:)

 

Który krok sprawia ci największą trudność?

Podstawy uczenia się

with 1 komentarz

 

Wiesz jak się uczyć? Jeśli myślałaś, że edukacja się kiedyś kończy, to czeka Cię niespodzianka. To czy przyjemna czy nie w zasadzie zależy od Ciebie. Owszem, kiedyś przestaniesz chodzić do szkoły. Nauka jednak nie kończy się na odebraniu dyplomu i ,dla własnego dobra, warto wiedzieć jak się uczyć.

Przy zawrotnym tempie zmian i rozwoju technologii w naszym dobrze pojętym interesie jest być na bieżąco. Dostęp do edukacji jest teraz łatwiejszy niż kiedykolwiek. Położenie życiowe czy geograficzne prawie nie gra roli. Połączenie z internetem wystarczy. Można uzyskać dostęp do absolutnie wszystkiego – od kursów szydełkowania po wykłady na Stanford University. Teoretycznie można studiować na Harvardzie mieszkając w Leszczynach. Z zaciekawieniem obserwuję wysyp kursów w sieci. Tylko jak tę wiedzę wykorzystać? Jak i kiedy się uczyć?

Jak się uczyć?

Kiedyś brak dostępu do informacji był głównym utrudnieniem dla rozwoju. Paradoksalnie sytuacja się diametralnie zmieniła i nadmiar informacji stał się nieoczekiwanym problemem. Swoista klęska urodzaju.

Jak w takim razie sprawić, żeby kursy przynosiły nam efekty? Bo to, że jest czegoś dużo nie zawsze znaczy, że jest to dobre. Czasami od przybytku jedna głowa boli.

Nadal obserwuję oporne podchodzenie do własnej edukacji wśród dorosłych. Wiele osób podchodzi do nauki jak do nieprzyjemnej konieczności. Jak za karę.Nie postrzegają edukacji i własnego rozwoju jak inwestycji w swoją lepszą przyszłość. A szkoda.

Tak jak przy wszelkim rozwoju i nabywaniu kompetencji – nastawienie ma znaczenie. Właściwe podejście może przysłużyć się działaniu bystrzej zamiast ciężej.

 

Dla przejrzystości zebrałam kilka czynników zwiększających efektywność nauki

 

• Pamiętaj, że robisz to dla siebie. Pozytywne nastawienie to podstawa.

Nawet jeśli osobiście nie uwielbiałam lekcji geografii, to zaliczenie ćwiczeń uwolniło mnie od poprawki. A to już coś.

• Unikaj katastroficznego myślenia. To, że nie idzie mi jak z płatka, to nie koniec świata.

Krok po kroku będzie szło mi lepiej, będzie trochę lżej. Nie poddawaj się przy pierwszym potknięciu.

Zaliczyliśmy setki potknięć, a jednak jakoś nauczyliśmy się chodzić, prawda?

• Unikaj skrajności. Zamiast “bo mi nigdy nie wychodzi”, przejdź na “ Tym razem mi nie wyszło. Co mogę poprawić?”

Warto wyciągać wnioski.

• Nie porównuj się. Porównywanie się – największa zmora wszechczasów.

Każda osoba jest inna. Każda tworzy własne struktury i układy wiedzy. Jestem przeciwna one-size-fits-all.
Ponad to, porównywanie się niczemu nie służy. Jedynie psuje nam humor.

 

Ciemna strona mocy

Przy mnogości źródeł i materiałów pojawia się problem. Jak odnaleźć się w tym ogromie możliwości? Wszelkie materiały, książki, PDFy, szkolenia kuszą zewsząd. Pojawiają się dwie kwestie:

  • co i jak wybrać
  • jak to przyswoić

 

Kwestia wyboru to temat na inną okazję. Opcji, sposobów i kryteriów jest masa. Tym razem chcę się na chwilę zatrzymać przy przyswajaniu wiedzy.

 

Spiralny proces edukacji

Postanowiłam odkurzyć wiedzę o tym jak uczyć, czyli metodyce edukacji. Konkretnie Spiralnym Procesie Edukacji (SPE).

Ogromnie mi on utkwił w pamięci. Może to, że musiałam się wykazać kreatywnym łączeniem informacji na zaliczeniu z Metodyki Nauczania miało z tym coś wspólnego:) Na tym zaliczeniu myślałam, że uczenie się jest liniowe, od A – B – C aż do Z.

Myliłam się.

Już wyjaśniam dlaczego to był błąd.

 

Umówmy się, jeśli chodziłaś do podstawówki to doświadczyłaś spiralnego procesu edukacji. Na nim są oparte pierwsze lata szkolne.

W skrócie – początkowy etap szkolnictwa jest rozłożonym na 3 lata. Oznacza to, że wiadomości i umiejętności zdobywane w tym okresie będą powtarzane, pogłębiane i rozszerzane. Na każdym z trzech etapów wiedza i umiejętności są budowane w oparciu o to, czego już się uczyłyśmy. W jego trakcie uczymy się jak się uczyć.

Zakres tych wiadomości i umiejętności jest tak ułożony, żeby mógł być realizowany i dostosowany do przeciętnych możliwościach poznawczych. Jest spiralny, bo łączy elementy już znane z nowymi w tym samym zakresie.

 

 

Dla wielu z nas mogą to być odległe czasy. I choć możemy ten okres słabo pamiętać, albo mieć lepsze lub gorsze z niego wspomnienia, to umiejętności w tym okresie nabyte tworzą podstawę do wszelkiej późniejszej nauki. W sprzyjających warunkach można kształcenie zorganizować tak, by wspomóc znacznie większy niż przeciętny rozwój.

Dlaczego o tym piszę?

Dla przypomnienia. Uzmysławia mi to, że na początku swojej edukacji niewiele umiałam. Uświadamia, że początki mogą być trudne i trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie poddawać przy pierwszym, drugim ani trzecim potknięciu. I skupić się na drodze do celu.

 

Celem edukacji jest wspomaganie w rozwoju intelektualnym, emocjonalnym, społecznym, etycznym, fizycznym i estetycznym.

 

Pomimo wzniosłych założeń różnie to z edukacją bywa. Szkoła niejedno ma za uszami, ale z założenia od dzieciństwa edukacja ma wspierać rozwój umiejętność, świadomość przynależności społecznej (do rodziny, grupy rówieśniczej i wspólnoty kulturowej) oraz dbania o otoczenie i przyrodę. Jednocześnie dąży się do ukształtowania systemu wiadomości i umiejętności potrzebnych człowiekowi do poznawania i rozumienia świata, radzenia sobie w codziennych sytuacjach oraz do kontynuowania nauki.

Takie są założenia podstawy programowej.

Na starcie oczekiwania względem nas są wysokie – w pozytywny, wspierający sposób, taki który ma nas wyposażyć na przyszłość.

 

Formal education will make you a living; self-education will make you a fortune. Jim Rohn

To jeden z moich ulubionych cytatów 🙂

 

 

Z czasem wielu dorosłych nabiera tendencji to komplikowania spraw i chyba zapomina jak się uczyć. Spodziewa się jakiś cudów, magicznych metod. W rzeczywistości sprawa jest dużo prostsza. Nie raz słyszałam, że „dzieci uczą się szybciej i lepiej”. Może warto spojrzeć na siebie i swoje poczynania w kwestii uczenia się z perspektywy dziecka?

Takie dziecięce podejście ma genialne właściwości. Dzieci szukają prostych rozwiązań, domagają się swojego – nawet w trudnych sytuacjach. Dziecko ma zwykle w sobie naiwność i zapał, które umożliwiają branie się z życiem za bary, pokonywanie niemożliwego, bo zwyczajnie nie wie, że się nie da.

W edukacji liczy się świadomość celu – własnego  PO CO.

 

A jakie jest Twoje DLACZEGO?